Recenzja - Magda Wojtanowska

                 15 grudnia 2009 r., Tatry
Mój Synu!

Piszę ten list.. no właśnie, po co go piszę? Ach tak, piszę, bo chcę powiedzieć  Ci, co czułem podczas minionych dni, miesięcy, lat. Być może kiedy to czytasz, mnie już nie ma na tym świecie, mimo to pragnę z całego serca, byś ten list odnalazł.

Trudno mi wyjaśniać. Trudno się otworzyć. Jestem niczym ziarnko piasku na pustyni. Tyle myśli w mojej głowie, a każda z nich coraz bardziej wytrąca mnie z równowagi...
A zaczęło się tak niewinnie, pamiętasz? Gdy tylko Twoja matka wyjechała za granicę, musiałem radzić sobie z wszystkim sam. Byłeś wtedy taki mały, żądny przygód! A ja? Zamknięty w sobie ojciec, który ledwo łączy koniec z końcem, usiłując dać Ci to, co najlepsze.
 I myślę, że przez chwilę mi się to udawało. Wspólne wyprawy w góry, wspinaczki. To te wspomnienia utrzymywały mnie przy życiu. Lecz dni mijały, Ty dorastałeś, Dorota nie wracała. Nim się obejrzałem, Ciebie już nie było. Nie było nikogo. Zostałem sam. Sam z moim bagażem uczuć bez treści. Sam w wielkiej pustce mojej samotności.
Moje życie było ciągłym pasmem zmagań. Od ataku do ataku. Cierpienie i szaleństwo...
Choć często pomagały mi książki, gdyż mogłem oddać się wyobraźni, to nigdy nie byłem spokojny. Raz wydawało mi się, że jestem panem świata, a raz, że tracę z nim kontakt.
Nie zwracałem uwagi na to, że komuś przeszkadzało moje zachowanie. Liczyłem się tylko ja
 w mojej małej, egoistycznej rzeczywistości. Czy to właśnie była rzeczywistość?
Nawet nie wiem, kiedy trafiłem do szpitala psychiatrycznego. Każdy dzień wyglądał tak samo, aż do chwili, gdy Ty mnie odwiedziłeś. Z pozoru może i byłem niewzruszony, jednak wewnątrz poczułem, że nie jestem na tym świecie sam.  Chciałem podziękować Ci za to, że o mnie nie zapomniałeś, ale byłem zbyt dumny, by to zrobić. Zabrałeś mnie do domu, a ja miałem wrażenie, że jedyne, co o mnie myślisz, to „obłąkany”. Nie chciałem taki być, nie prosiłem o to. Choć z drugiej strony… Moje zachowanie pomagało mi radzić sobie z samotnością. Tak, to dobre wytłumaczenie. Z perspektywy czasu zdałem sobie sprawę, ile dla mnie zrobiłeś. Porzuciłeś swoje dotychczasowe, uporządkowane życie, by mi pomóc, by ze mną być. A ja? Odcięty od życia nie zwracałem uwagi na to, jak wspaniałego mam syna.
I wszystko zaczęło się od początku. Kłótnie, trzaskanie drzwiami, brak rozmów, powrót do ośrodka. Tam terapia chyba zaczęła przynosić efekty. Czułem się lżej.
Nagle znów pojawiłeś się Ty. Nie zostawiłeś mnie, wręcz przeciwnie. Spędzaliśmy razem dni. Razem. Jak to dziwnie brzmi. Muszę przyznać, że po raz pierwszy od wielu lat byłem szczęśliwy. Wyjechaliśmy w góry.  W głębi duszy czułem, że zbliża się mój czas. Więc chciałem wykorzystać wspólne chwile jak najlepiej. Mam nadzieję, że dopełniłem zadania.
Kończąc mój list, powinienem Ci w końcu podziękować. Dziękuję. Dziękuję, że nie wystraszyłeś się mnie i dałeś mi nadrobić te lata, które spędziliśmy osobno. Przepraszam. Przepraszam za moje egoistyczne „ja”.
Chcę byś był szczęśliwy, bo mnie tego szczęścia zabrakło. Opiekuj się swoją żoną i dzieckiem, bo rodzina to największy skarb. Pamiętaj, że poza lękami, które nas ograniczają, nic nie zabrania nam żyć w pełni, wykorzystaj to. Żegnam Cię synku
                                                                                                                                  twój tata

PS.   Nigdy nie patrz w dół, nie bój się!

Magdalena Wojtanowska
 kl. Ia  LO